Elektryczny ciągnik – ciekawy eksperyment z ZSRR!

1
2186
elektryczny ciągnik

Elektryczny ciągnik w ZSRR? Trzeba przyznać, że w tak smutnych czasach, wykazano się – można rzec – ułańską fantazją…

Współcześnie pojazdy napędzane jednostkami wykorzystującymi energię inną od silników spalinowych, nie są już futurystyczną wizją. Żyjemy w czasach, w których hybrydowe silniki nie budzą zachwytu ani zdziwienia. Trzeba mocno się natrudzić , żeby zaskoczyć czymś współczesnego kierowcę. W sektorze maszyn rolniczych temat jest może nieco trudniejszy, bo wytworzenie odpowiedniej mocy, której nie generuje silnik diesla, jest wciąż dość trudne. Dlatego takim wydarzeniem stała się informacja z końca 2016 roku, że nasz polski Ursus projektuje elektryczny ciągnik. Firma odważnie wchodzi w świat napędów elektrycznych, ale nie jest wcale pionierem w tej konkurencji. Kto nim jest?

Kto ma prąd, ten ma władzę

Powojenne lata były dla ZSRR czasem dynamicznego rozwoju – głównie za sprawą rywalizacji z USA. Dysponując ogromnym potencjałem związanym z ilością produkowanej energii elektrycznej, władze kazały szukać ciekawych rozwiązań. Ponieważ amerykańscy naukowcy aktywnie ruszyli w kierunku motoryzacji napędzanej prądem, w ślad za nimi podążyli naukowcy radzieccy. O ile jedni i drudzy skoncentrowali swoje eksperymenty w obszarze maszyn rolniczych, to zastosowane rozwiązania nieco im się rozminęły. Było tylko kwestią czasu, kiedy na rynku pojawi się pierwszy elektryczny ciągnik. Tylko USA i ZSRR dysponowało odpowiednią ilością energii elektrycznej, żeby zasilać maszyny o takiej mocy, więc nikt więcej na świecie nie interesował się tego rodzaju projektami. Tymczasem radziecka myśl techniczna okazała się, najogólniej mówiąc, zaskakująca.

Elektryczny ciągnik – a gdzie baterie???

W czasie, gdy zespoły projektantów z USA analizowały możliwości przetwarzania energii przez ogniwa znajdujące się w silniku, elektryczny ciągnik w ZSRR wyposażano właśnie w bęben do zwijania i rozwijania (tak, to nie żart) kabla elektrycznego. Wymyślono bowiem, że elektryczny ciągnik będzie zasilany wprost z sieci – bez konieczności montowania akumulatorów czy ogniw. Silnik o mocy 48 koni mechanicznych, zasilano mocą 1000 V, co w zupełności wystarczało do normalnej pracy traktora. Ciągły dopływ prądu eliminował kwestie związane z ładowaniem, bądź wymianą akumulatorów. Pozostawało w taki sposób zaprojektować urządzenia, aby pozwalały na swobodną pracę w terenie. I zaczęły się schody…

Pomysł nie do zrealizowania

Konstrukcję traktora oparto na seryjnie produkowanym modelu  DT-54. Była to maszyna jeżdżąca na gąsienicach, wykorzystywana do pracy w trudnym terenie i wykorzystywana głównie jaki spychacz. Potrzebna była naprawdę spora moc, aby maszyna mogła spełniać swoją rolę. Ówczesny poziom zaawansowania technologii radzieckiej z pewnością wykluczał zastosowanie akumulatorów. Pozostawało oprzeć się na kablu elektrycznym, który wisiałby – lub leżał – gdzieś w pobliżu. Skonstruowano nawet specjalny wysięgnik, który miał utrzymywać w bezpiecznej pozycji przewód zasilający. W praktyce okazało się, że nie da się swobodnie pracować, nie narażając na niebezpieczeństwo zarówno kierowcę, jak i wszystkich w najbliższym otoczeniu. Elektryczny ciągnik nie mógł wejść do seryjnej produkcji. Praca z kablem elektrycznym o takiej mocy, w warunkach w jakich działa traktor, groziła śmiercią w razie awarii. Nie wspominając nawet o zasięgu maszyny, którą ograniczała długość kabla.

Marzenia techników z ZSRR okazały się nie spełnione, a eksperyment zakopano. Ale, trzeba przyznać, w tak smutnych czasach, wykazano się – można rzec – ułańską fantazją przy tym projekcie. Bareja wysiada!

A w Polsce takie prototypy się robiło:

Fiat 1100 Coupe – fantastyczny prototyp