
Czy da się przeżyć emocjonalny nokaut w 75 minut? Justin Timberlake właśnie to zrobił – porwał, wzbił na szczyty… i porzucił na szczycie.Na papierze – perfekcyjny powrót. Timberlake, niczym zawodowy iluzjonista, pojawił się na PGE Narodowym, rozrzucił iskry dawnej chwały, rzucił nowe piosenki niczym rękawicę dla krytyków i… zniknął. Zanim publiczność zdążyła w pełni zanurzyć się w groove, już było po wszystkim. To był triumf. Krótkotrwały. I frustrująco dobry.
Bez cienia rutyny – show energetyczny, setlista nowa
To nie był artysta odcinający kupony od swojej sławy. Timberlake nie przyszedł zagrać “greatest hits” od niechcenia. On ruszył z hukiem – “Mirrors” i “Cry Me A River” już w pierwszym kwadransie koncertu to nie prezentacja, to manifest. Świeżość setlisty? Doskonała. “No Angels”, “Selfish”, akustyczne “What Goes Around…” – on udowodnił, że ma odwagę i warsztat, żeby przestawiać swoje ikony w nowe ramy.
Scena bez unoszącej platformy? Może i mniej spektakularnie, ale… bardziej osobiście. Wybieg do publiczności działał jak przedłużenie jego ciała – Timberlake był wszędzie, tańczył, śpiewał, rozbrajał. On nie gra koncertu. On go przeżywa.
A jednak: za krótko. Zbyt dobrze, by tak nagle skończyć
Oto najcięższy zarzut wobec tego wieczoru: czujemy się okradzeni, bo Timberlake zostawił nas rozgrzanych, bez katharsis. Zaledwie godzina i piętnaście minut, o dziesięć piosenek mniej niż w Krakowie – i już po wszystkim.
To tak, jakby obejrzeć tylko pierwszą połowę filmu Christophera Nolana – intrygujące, mistrzowskie, ale cholernie niepełne.
Czy to był triumf? Tak. Czy satysfakcjonujący? Nie do końca
Nie ma wątpliwości – Timberlake nadal jest niekwestionowanym władcą rytmu i ruchu scenicznego. Zespół Tennessee Kids wciąż brzmi jak dobrze naoliwiona maszyna. Choreografia? Skrojona pod stadion, dynamiczna, a momentami wręcz hipnotyzująca.
Ale kontakt z publicznością – słabszy niż w Tauron Arenie. Interakcje? Raczej kontrolowane niż spontaniczne. Może to efekt skandalu z zeszłego roku, może ostrożność, a może po prostu… Timberlake miał tego dnia inny plan.
Książę popu nie musi się tłumaczyć. Ale my mamy prawo czuć niedosyt
Na koniec rzucił “SexyBack” i zniknął, jakby to był tylko przystanek w trasie, a nie pełnoprawne show. Tymczasem dla dziesiątek tysięcy fanów była to najważniejsza noc lata. Timberlake dał im jakość, klasę, energię. Nie dał tylko… czasu. Podsumowując: koncert był jak najwyższej klasy szampan wlany w kieliszek do espresso – intensywny, zachwycający, ale zbyt szybko pusty.
Przeczytaj też: Krystyna Palmowska – kobieta, która dotknęła nieba
Pierwsza w UE radiowa i portalowa redakcja z niepełnosprawnościami
Ponadto prowadzimy restaurację ZDRÓWKO którą wspiera Jarosław Uściński








































