
Warszawa, 2 maja 2025 – To był finał, o którym marzyły wszystkie drużyny od początku rozgrywek. PGE Narodowy stał się sceną nie tylko dla piłkarskiego widowiska na najwyższym poziomie, ale również dla głęboko symbolicznego obrazu – obrazu radości, ulgi i przeznaczenia. Legia Warszawa znów zwycięska, Pogoń Szczecin – kolejny raz z pustymi rękami.
Finał pełen ognia – dosłownie i w przenośni
Siedem bramek, nieprzewidywalne zwroty akcji, oprawy, których pozazdrościć mogliby kibice w Niemczech czy Anglii. Finał Pucharu Polski 2025 to piłkarskie święto z najwyższej półki. Gdyby ktoś szukał definicji „futbolowego spektaklu”, wystarczyłoby pokazać mu nagranie tego meczu.
Na trybunach – emocje buzujące do granic, tysiące gardeł śpiewających z pasją, pirotechnika, która – choć zakazana – rozświetliła niebo nad Narodowym. Na boisku – dramat Pogoni, która kolejny raz była blisko, ale jak zawsze – za daleko.
Legia ratuje sezon i… trenera?
Dla Legii Warszawa ten triumf to coś więcej niż kolejne trofeum. To ratunek – sportowy i wizerunkowy. Zwycięstwo w finale dało stołecznej drużynie przepustkę do eliminacji Ligi Europy, a to w obliczu słabego sezonu ligowego jest sukcesem z gatunku tych nie do przecenienia.
Dla Gonçalo Feio, trenera o gorącym temperamencie i bezsprzecznie dużym potencjale, może to być ostatni akord przy Łazienkowskiej. Mimo ćwierćfinału Ligi Konferencji i teraz Pucharu Polski – główny cel, mistrzostwo Polski, pozostał poza zasięgiem. W Legii to grzech ciężki. Czy dyrektor sportowy Michał Żewłakow i prezes Dariusz Mioduski zdecydują się dalej inwestować w portugalskiego szkoleniowca? Trudno wyrokować. Jeśli Feio odejdzie, zrobi to jednak z podniesioną głową.
Pogoń i jej przeklęty los
Zupełnie inny obraz po drugiej stronie barykady. Pogoń Szczecin znów przegrała finał – już piąty w historii. Klub z tak bogatą tradycją, z ogromną rzeszą wiernych kibiców, wciąż czeka na pierwsze poważne trofeum. W historii Ekstraklasy tylko Korona Kielce, spośród czołowych drużyn, może pochwalić się podobnym „antyrekordem”.
Nadzieje były ogromne. Kibice Pogoni licznie stawili się w Warszawie – wykupili nie tylko wszystkie przysługujące im bilety, ale też wiele wejściówek dla neutralnych fanów. Tysiące par, rodzin z dziećmi, starszych i młodszych fanów liczyło na zapisanie nowego rozdziału w historii klubu. Zamiast radości – rozczarowanie.
Chłodne relacje, gorąca chwila
Zwycięstwo Legii miało też wymiar symboliczny poza boiskiem. Po ostatnim gwizdku piłkarze, niepewni jeszcze niedawno reakcji trybun, podeszli do kibiców. Zostali przyjęci oklaskami, skandowano ich nazwiska. W ostatnich miesiącach relacje między drużyną a fanami były trudne, wręcz lodowate. Finał Pucharu Polski przyniósł ocieplenie. Jedność – choćby na chwilę – została przywrócona.
Pogoń, mimo kolejnej porażki w finale, nie powiedziała ostatniego słowa. Wciąż ma szansę na podium w lidze, co może dać upragnioną grę w europejskich pucharach. Traci zaledwie dwa punkty do Jagiellonii, z którą zmierzy się w bezpośrednim starciu. W Szczecinie nikt nie myśli o poddaniu się.
Dla Legii brak pucharów byłby katastrofą – sportową, finansową, wizerunkową. Triumf w Pucharze Polski daje jej drugie życie. Ale pytanie, czy to wystarczy, by zbudować na tym coś trwalszego?
Finał, który zapamiętamy
To był mecz, który miał wszystko – dramaturgię, gole, emocje, kibicowską oprawę, znakomite sędziowanie Szymona Marciniaka. Po raz pierwszy od 1998 r. w finale padło aż siedem bramek – rekord dla PGE Narodowego. Ale najwięcej powiedział obrazek z końcówki – Gonçalo Feio biegnący do narożnika, wtulający się w piłkarzy, świętujący jakby wiedział, że to jego ostatni raz.
Przeczytaj też o: Kosmos na ziemi: Barcelona i Inter w meczu, który zatrzymał czas.
Dziękujemy że przeczytałeś ten artykuł, przygotowany przez naszą redakcję składającą się z osób z niepełnosprawnościami.
Pierwsza w UE radiowa i portalowa redakcja z niepełnosprawnościami
Ponadto prowadzimy restaurację ZDRÓWKO którą wspiera Jarosław Uściński








































